ks. Proboszcz

Dokąd zmierzasz człowieku?

Fot. - Johanna Mühlbauer, Fotolia.com

Fot. – Johanna Mühlbauer, Fotolia.com

Właściwie to w jakim celu obchodzimy uroczystość Wszystkich Świętych? Uroczystość, z której w czasach słusznie minionych próbowano zrobić „święto zmarłych”. Zresztą do dziś wielu, nawet wierzących ludzi bez głębszego zastanowienia używa tego sformułowania, które miało za zadanie skupić naszą uwagę nie na życiu, ale na śmierci.

Dzisiaj minęło sporo lat od tamtych czasów. Zdążyło przyjść na świat i wejść w dorosłe życie nowe pokolenie. „Święto zmarłych” zastąpiło „Halloween”, a radość chwały świętych przybrała w wielu przypadkach groteskową i irracjonalną postać „zabawy ze śmiercią”. Zresztą nie tylko w przypadku tej uroczystości. Swoistą parodią z dziecięcej zabawy lalkami, stał się niezrozumiały kult turpizmu, pogoń za brzydotą i zdumiewająca wręcz fascynacja oszpecaniem ludzkiego ciała. Kolczykowanie gdzie się tylko da, tatuowanie ciała i epatowanie golizną od zwykłych reklam po kina i teatry. Moda? Pewnie w jakimś wymiarze na pewno tak. Pęd za nowinkami przychodzącymi z Zachodu? Trudno kwestionować, że w jakimś sensie na pewno. Jednak za tym wszystkim, co związane jest z różnego rodzaju modami, zwyczajami i trendami, a co odnosi się do tajemnicy życia i śmierci, oraz godności ludzkiego ciała, kryje się potężny kryzys wiary, i to nie tylko wiary w Boga, ale wiary w godność ludzkiego ciała, jego powołania do zmartwychwstania, oraz stworzenia na „Obraz i podobieństwo Boga samego”.

Człowiek przecież został stworzony jako jedność duszy i ciała. Stworzony na obraz i podobieństwo Boga. Powołany do szczęścia, które ma trwać na wieki. Zatem? Uroczystość Wszystkich Świętych, to nie zaduma nad grobami. To wielkie wyznanie wiary w to, że życie ludzkie zmienia się, ale się nie kończy. Uznanie, że warto w tym życiu starać się zmieniać ten świat, walczyć o lepsze jutro, i udoskonalać w sobie to, co ludzkie, bo prowadzi nas to do umiłowania tego, co Boże.

Świat pozbawiony zachłyśnięcia się świętością nie może trwać. Może jedynie w rytm niezrozumiałej muzyki bawić się, gdy okręt życia niczym legendarny Titanic nabiera wody i idzie na dno. Tej zabawy na tonącym okręcie życia jak widać, nie są w stanie przerwać ani nawoływania do poszukiwania sensu życia, ani trzęsąca się ziemia czy toczące się wojny. Ludzkość, która traci wiarę w życie wieczne, traci wcześniej czy później sens życia doczesnego. W szalonym pędzie stara się oswoić śmierć, zadrwić sobie z niej, bądź to poprzez głupawą zabawę, bądź z drugiej strony traktowanie jej jako tabu, o którym się nie mówi.

Śmierć jednak przyjdzie wcześniej czy później. Oczekiwana, bądź z wielkiego zaskoczenia. Czy przygotują nas na ten moment halloweenowe zabawy i trupioblade laleczki? Może zaś odstraszą ją kolczyki powbijane od stóp do głów ludzkiego ciała, bądź tatuaże o ponurych i złowrogich spojrzeniach smoków, demonów lub tajemniczych syren? Raczej nie. Jeśli jest jakaś siła gotowa dać nam moc spojrzenia śmierci w oczy z podniesioną głową, jest nią wiara w życie, które się nie kończy, wiara w ciała zmartwychwstanie ciała i moc modlitwy, która jako jedyna ma wartość przed Tronem Odwiecznego Majestatu.

W ten czas mszy świętych sprawowanych za zmarłych, odczytywanych listopadowych wypominek, prostych Ojcze nasz i Zdrowaś Maryjo, warto spojrzeć w niebo, ku góro, skąd wciąż jeszcze może nadejść nam pomoc…

Nadzieja w Fatimie

Fot. Photographee.eu. Fotolia.com

Wielkimi krokami zbliża się do nas stulecie objawień Fatimskich. Dla jednych jest to powód do przypomnienia sobie przesłania, jakie Matka Boża przekazała trojgu pastuszkom, dla innych okazja do odbycia pielgrzymki do Fatimy, dla jeszcze innych zarzewie niepokoju i okazja do stawiania sobie po raz kolejny pytań, czy wszystko na ten temat zostało już powiedziane. Przez całe lata szczególne zainteresowanie wzbudzała zwłaszcza trzecia część tajemnicy, która pozostawała wiadoma jedynie kolejnym papieżom. Dopiero św. Jan Paweł II uznał, że spełniła się ona w cudownym ocaleniu mu życia z zamachu, do jakiego doszło na Placu Świętego Piotra w Rzymie 13 maja 1981 roku.

Podając do publicznej wiadomości wszystkie trzy części tajemnicy fatimskiej, św. Jan Paweł II sprawił, że cały świat usłyszał o wizji „biskupa odzianego w biel”, który pada pod zadanymi mu ciosami. Szczególne nabożeństwo jakie Święty Papież miał do Matki Bożej zyskał w tym kontekście jeszcze większe znaczenie. Świat usłyszał też po raz kolejny o potrzebie ofiarowania Rosji Niepokalanemu Sercu Maryi i modlitwie przebłagalnej, o konieczności wynagrodzenia za grzechy ludzkości.

Stulecie objawień fatimskich jest jednak okazją do przypomnienia, że Matka Boża przestrzega nas nie tylko przed wizją wojny, ukazuje nie tylko cierpienia Kościoła, z Ojcem Świętym na czele. Wszak integralną częścią wizji jest wizja piekła, dokąd idą dusze grzeszników, które Bóg pragnie ocalić. Stąd prośba o modlitwę, ofiarowanie cierpienia i uczynki miłosierdzia, które mają w Kościele szczególne znaczenie.

W naszej parafii celem przygotowanie do rocznicy obchodów rocznicy objawień Fatimskich podjęliśmy nie tylko starania do zorganizowania rekolekcji wielkopostnych w Fatimie, odbycia pielgrzymki do miejsca objawień, ale także, a może przede wszystkim zdecydowali, że trzynastego każdego miesiąca będziemy po mszy świętej wieczorowej odmawiać różaniec fatimski, na zewnątrz kościoła, w ogródku Maryjnym, aby stał on się także zachętą i znakiem oraz przypomnieniem dla tych, którzy zabiegani za codziennymi sprawami zapominają o wezwaniu do modlitwy, pokuty i miłosierdzia.

Tak też się stało trzynastego września. Zostało nas po mszy św. zaledwie kilkanaście osób, ale zjednoczeni na modlitwie stanęliśmy ze świecami i różańcami w ręku, aby modli się rozważając tajemnice różańcowe. Ludzie przechodzili chodnikiem w tę i we w tę. Śmiali się, rozmawiali przez telefon, a nawet przychodzili, aby łapać pokemony. Ot normalny widok ulicy w środku miasta, gdy dzień się chyli ku zachodowi. Kiedy jednak zaczynaliśmy ostatnią tajemnicę, w naszym kierunku powoli, wymęczonym krokiem zbliżał się bezdomny żebrak, pchający przed sobą wózek ze znalezionymi rzeczami, które ludzie wyrzucili do śmietników. Stanął przy najbliższym nam śmietniku, sprawdził jego zawartość, po czym zorientowawszy się, że trwa modlitwa różańcowa, ukląkł na oba kolana i dokończył z nami różaniec. Ten widok sprawiał, że każde następne „Zdrowaś Maryjo” coraz trudniej przechodziło przez gardło. Przychodziła na myśl ewangeliczna scena gdy Jezus uzdrowił dziesięciu trędowatych, a tylko jeden z nich przyszedł podziękować… Gdy recytowaliśmy Credo, wstał i powoli oddalił się idąc w swoją stronę. Zdawało się tylko, że w delikatnym powiewie wiatru Zbawiciel po raz kolejny pyta nas wszystkich: „Czyż nie dziesięciu uzdrowiłem? Gdzież jest pozostałych dziewięciu”, albo jakby wręcz chciał powiedzieć, czy spośród Was wszystkich, którym tyle w życiu dałem, tylko on miał za co podziękować Bogu…?

Do zobaczenia na rozważaniach różańcowych w październiku.

Oblicza miłosierdzia

matka-teresa3Co znaczy być miłosiernym? Poświęcić godzinę swojego czasu? Przekazać kilkanaście złotych fundacji lub stowarzyszeniu, których cele wydają nam się bliskie? Czy może wyciągnąć rękę na zgodę do kogoś, kto mocno zaszkodził nam w życiu?

Od dziś, na pewno odpowiedź na postawione pytania będzie mogła być jeszcze szersza. Być miłosiernym to kochać Boga tak, i służyć Mu w bliźnich, najuboższych z ubogich, jak czyniła to Matka Teresa z Kalkuty. Czasem miłosierdzie ma oblicze Miłosiernego Ojca, wybaczającego grzechy Syna Marnotrawnego, innym razem Miłosiernego Samarytanina pochylającego się nad pobitym i porzuconym człowiekiem, jeszcze zaś innym razem właśnie oblicze ubogiej zakonnicy, która odkryła swoje powołanie do czynienia miłosierdzia na peryferiach metropolii współczesnego świata. Ojciec Święty Franciszek w czasie mszy św. kanonizacyjnej pięknie ujął w swojej homilii różnicę pomiędzy ludzkimi gestami solidarności i współczucia, a powołaniem do miłosierdzia.

Powołanie do miłosierdzia wynika bowiem ze współdziałania człowieka z Bogiem. Dzieje ludzkie mają bowiem dwóch głównych bohaterów – Boga i ludzkość. Jeśli więc widzimy dokoła siebie ogrom ludzkiej nędzy, materialnej i moralnej, zamiast oskarżać Pana Boga o zło tego świata, może warto zastanowić się, jakie zadanie stawia przede mną Najwyższy, do jakiego dzieła mnie powołuje, aby świat stawał się coraz bardziej ludzki?

 

Patrząc na te tłumy ludzi z całego świata, zgromadzone dziś na Palcu Świętego Piotra, nie sposób nie przypomnieć sobie jak ta właśnie święta przemieniała świat, w którym żyła oddając się bez reszty posłudze miłosierdzia. Nie sposób także nie zadać sobie pytania, czy każdy z nas, jako ta jednak kropla w oceanie ludzkości po dzisiejszej mszy św. na Placu św. Piotra weźmie sobie do serca te właśnie słowa, że jesteśmy powołani do miłosierdzia i zacznie choćby od tego, co czyniła św. Matka Teresa, a na co zwrócił uwagę Ojciec św. „Nie mówię w twoim języku, ale mogę się do ciebie uśmiechać”, wspominał słowa nowej świętej papież Franciszek. Czyż nie warto zacząć chociażby od tego?