Parafianie piszą…

fot. Marcin Piotr OleksaZbłądziła moja łódź

 

 

Na wzburzonym oceanie życia, zbłądziła moja łódź, Panie. Unoszona na falach codzienności, wypłynęła nie w tym kierunku, który mi wskazałeś. Dałeś mi kompas, mapę i wskazówki, kiedy wyruszałem, ale ja , w swojej człowieczej pysze, odrzuciłem to wszystko, co mi ofiarowałeś. Uwierzyłem we własne siły i ludzką moc, która zawodzi. Ogłuchłem na nawoływania ptaków przelatujących nade mną i nie dostrzegałem wysyłanych do mnie sygnałów mijających mnie łodzi i statków. Chciałem po swojemu zbudować świat, który tak naprawdę składał się ze złudzeń. Nie było w nim Ciebie, Panie, bo nie zostawiłem tam dla Ciebie miejsca. Wypełniłem go szczelnie, łamiąc wszystkie Twoje Przykazania. Odrzuciłem je twierdząc, że są niemodne; że przecież wszystko wokół się zmieniło, więc i one powinny… Bez Twojego wzroku wpatrzonego we mnie, łatwiej było przekraczać granice i zboczyć z kursu, który kiedyś obrałem. Bezkresne wody oceanu wciągnęły mnie, mamiąc wolnością, która tak naprawdę okazała się niewolą grzechu, a ja dobrowolnie się mu oddałem. I odpływałem coraz dalej od Ciebie, błądząc i wmawiając sobie, że to jest właśnie szczęście. Tylko dlaczego nic nie cieszyło…? 

Nic nie powiedziałeś. Nie zagrzmiałeś gniewem i nie zesłałeś na mnie żadnej straszliwej kary. Gotowy byłeś wybaczyć mi wszystko. Ale ja sam czułem się winny, i im to poczucie winy we mnie było większe, tym bardziej z Ciebie drwiłem i szydziłem. Taki odruch samoobrony, a może samodestrukcji? 

Im dalej byłem od Ciebie, tym mniej sensu dostrzegałem w swoim istnieniu i życiu, które obiecało tak wiele i nie dotrzymało słowa. Bo wszystkie były rzucone na wiatr i porwane w różne strony świata. Zostałem z pustką, którą szczególnie dotkliwie odczułem w sobie samym. Byłem pusty, Panie, i tylko Ty mogłeś mnie wypełnić i przywrócić do życia, o którym zapomniałem. 

W życiu każdego człowieka przychodzi dzień, który staje się naszym osobistym Wielkim Piątkiem. W takim dniu każdy z nas podejmuje decyzję, po której stronie Krzyża stanąć i do kogo się przyłączyć – czy do tych, którzy tłumnie podążali za Jezusem, pragnąc widowiska i śmierci Króla Żydowskiego, będąc siłą, do której mniej lub bardziej świadomie dołączały przez pokolenia tysiące innych; czy też do tej garstki wybranych, którzy czuli się do końca umiłowani i pomimo strachu, lęku i niezrozumienia, wybrali Krzyż z wiarą, że jest źródłem życia?

Doświadczyłem takiego Piątku, Panie. Przyszedł dzień kiedy stanąłem twarzą w twarz z Tobą i Krzyżem, z którego wyciągałeś do mnie swoje ramiona. Miałem wybór. Jak zawsze, od początku stworzenia człowieka, dałeś mi wolną wolę i pozwoliłeś wybrać, czekając i patrząc w milczeniu. Nie, w Twoich oczach nie było wyrzutu. Nie starałeś się również wzbudzić we mnie poczucia winy. Patrzyłeś na mnie z miłością, jakiej dawno już nie widziałem w niczyich oczach, bo rozmawiając z ludźmi, zawsze spuszczałem głowę z obawy, że dostrzegą jakim jestem człowiekiem i jak bardzo zbłądziłem. Teraz nie mogłem oderwać wzroku od Twojego spojrzenia, chcąc wejść w nie jak najgłębiej i uwierzyć, że naprawdę możesz mi wybaczyć. Pomimo moich wad i słabości, pomimo ran, jakie sam Ci zadałem moim odrzuceniem i wyborami, których dokonałem świadomie. Pomimo tego, kim jestem i jak bardzo Cię rozczarowałem. I usłyszałem słowa: „Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię.” Mt 11,28. 

I wtedy zrozumiałem, Panie, jak bardzo Cię zawiodłem i jak bezmyślnie roztrwoniłem cenne dni, które mi podarowałeś. Zrozumiałem, dlaczego istnienie tak bolało i po raz pierwszy od wielu lat nie odnalazłem wokół siebie pustki i szarości. Odnalazłem Ciebie. Boga żywego, pomimo ran zadanych przez gwoździe i przeświadczenia tak wielu niedowiarków, że umarłeś dwa tysiące lat temu. Boga, który wybacza. I kocha, pomimo wszystko. 

Zbłądziła łódź moja, Panie, ale Ty mnie odnalazłeś. Na wzburzonym oceanie życia wyciągnąłeś do mnie swoje ramiona, abym trafił tam, skąd wypłynąłem. Do Ciebie, który jesteś Prawdą, Drogą i Życiem.  

Monika A. Oleksa    

Pages: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83