Parafianie piszą…

fot. Marcin Piotr OleksaCzekanie

Listopad dostraja swoje instrumenty, szykując się do wieczornego, pożegnalnego koncertu. Przystraja się w szary płaszcz, utkany z mlecznych mgieł, w który czasami, przelotnie, uchwyci czerwone promienie przebłyskującego przez grubą zasłonę chmur słońca. Na głowę zakłada czarny melonik, którym pozdrawia każdego napotkanego przechodnia, kłaniając mu się grzecznie. Listopad jest uprzejmy. I ciekawią go ludzie. Przygląda się im z zainteresowaniem, mijając na ulicy, czy na ciemnym, niebezpiecznym poboczu poza miastem; albo wspinając się na palce, zagląda w rozświetlone okna, za którymi ukrywa się człowiek i ludzkie smutki. Listopad dobrze je zna i czasami coś chciałby ludziom podszepnąć, może doradzić lub po prostu uśmiechnąć się i przysiąść obok, aby przejąć część noszonego w sercach ciężaru. Ale ludzie od niego uciekają. Przemykają po ulicach, poganiani chłodem i skuleni przed wiatrem, który wiecznie gdzieś pędzi. Zamykają przed listopadem drzwi i nie chcą go słuchać, ani zauważyć. Wzdychają do wiosny, która przyniesie nadzieję na nowe, i narzekają, że zimno, że szaro, że monotonnie. I że znowu ta jesień – ponura, wilgotna, nieprzyjemna.

Grudzień przygląda się temu ze smutnym uśmiechem. Aby choć trochę rozświetlić tę wszechobecną listopadową nostalgię, delikatnym pyłem obsypuje drzewa i ich nagie gałęzie, które przybrane w biały szron, zatrzymują wzrok jak panny w sukniach debiutantek. Grudniowa szarość ma w sobie coś z oczekiwania, a krótkie dni, biegnące jeden za drugim i odliczane jak paciorki różańca, przynoszą ze sobą nadzieję. Bo koniec zawsze jest początkiem czegoś nowego, a grudniowe czekanie rozpala w sercu iskierki radości i potrzebę bliskości, silniejszą niż kiedykolwiek. 

Grudniowy mrok nie jest mroczny, a jego ciemność nie przeraża i nie przygnębia tak bardzo, jak listopadowa. Grudniowy mrok jaśnieje obietnicą, na której spełnienie podświadomie czeka każdy z nas. To czekanie… jest zawsze potrzebą miłości. Mamy jej niedosyt. Marzniemy, bo tylko bliskie serce człowieka jest w stanie rozgrzać zmarznięte wnętrze i sprawić, że mały płomyk, który się tli gdzieś głęboko w każdej ludzkiej istocie, stanie się wielkim płomieniem, zdolnym rozpalić nawet tych, którzy już nie pamiętają, jak to jest obdarować kogoś cieplejszym gestem czy spojrzeniem, w którym nie ma złości, wyrzutu ani zawiści. 

Można zwątpić w wiarę, szukając drogi na skróty i po swojemu. Można odrzucić nadzieję wymawiając jej, że zawiodła i nie było jej wtedy, gdy tylko ona została. Można w końcu odrzucić miłość, unosząc się dumą, pychą czy ze zwykłej słabości lub strachu przed zranieniem; ale nie można zagłuszyć w sobie tęsknoty za nią, bo ta miłość została wszczepiona w ludzkie serce od momentu stworzenia świata. Każdy człowiek został do niej powołany. Dlatego trzeba nią obdarowywać i się na nią otwierać. Przyjmować od tych, do których tak ciężko wyciągnąć rękę; i zanieść tam, gdzie często zatrzaskują nam drzwi swoich serc i zimnych wnętrz, nie ogrzanych ciepłem, którego te serca nie znają, albo którego się obawiają. Nawet najmniejszy okruch miłości podarowany komuś, jest w stanie odmienić wszystko. Dawcę i obdarowanego. Świat wokół i mrok grudniowych dni. Pustkę i samotność, oraz zagubienie w życiu wypełnionym zgiełkiem i hałasem tego świata, w którym tak trudno usłyszeć samego siebie i serce, które drży oczekiwaniem na bliskość drugiego człowieka, choćby obcego, ale gotowego podzielić się tym, czego nigdy nam nie ubywa. Miłością. Im więcej jej dajemy, tym więcej sami otrzymujemy. Warto o tym pamiętać, wchodząc w adwentowe oczekiwanie. 

Monika A. Oleksa 

Pages: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83